Świat w obiektywie subiektywnie postrzegany
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 sierpnia 2010

29 lipca 2010

Wcześnie rano wyruszyliśmy przez góry Taurus w stronę Konyi. Naszą podróż rozpoczęliśmy od krótkiej nauki podstaw języka tureckiego, co zaowocowało pełnym sukcesem podczas pierwszego postoju, gdy udało mi się po turecku zamówić trzy kawy. Spotkało się to z zadowoleniem i pełnym uznaniem ze strony sprzedawcy.


Przejazd górskimi serpentynami dostarczył nam niesamowitych widoków i prawdziwych emocji. Momentami wąska droga wije się tuż przy samej przepaści, a skały przybierają zupełnie fantastyczne formy i kształty.


Dojeżdżając do Konyi dowiedzieliśmy się, że według legendy było to pierwsze miasto, które założył Noe po tym, jak jego arka osiadła na górze Ararat.


W Konyi zwiedziliśmy mauzoleum Mevlany, jednego z muzułmańskich sufich, który w XIII w. założył zakon tańczących derwiszy. W mauzoleum poza grobowcem świętego można zobaczyć skrzynkę zawierającą włos z brody Mahometa. Muzułmanie odwiedzający to święte miejsce wąchają szkatułkę, z której podobno wydobywa się piękny aromat kwiatowo-jaśminowy. Sądząc jednak po minach wąchających, musi być to tylko legenda.


W średniowieczu zakony mistyczne były bardzo popularne, zarówno wśród biednych, jak i bogatych ludzi. Filozofię mistycyzmu chrakteryzowała otwartość, a sufi głosili przyjaźń i tolerancję zarówno w stosunku do ludzi, jak i całego otaczającego nas świata. W filozofii mavlewitów można odnaleźć wpływy religii dalekiego wschodu - buddyzmu i hinduizmu. Mistycy poszukiwali Boga w sposób indywidualny, we własnym sercu i sumieniu, m.in. poprzez rytuał, podczas którego sufi wprowadzali się w trans w celu osiągnięcia stanu nirvany.

Zakony mistyków funkcjonowały aż do upadku sułtana. Później Ataturk zakazał tego typu działalności, chcąc oddzielić państwo od religii. W tej chwili podobno jeszcze gdzieniegdzie istnieją nielegalne bractwa.


Wyjeżdżając z Konyi widzieliśmy tradycyjnie poubierane w szarawary kobiety. Ciekawe, czy wiedzą, że u nas ich strój jest teraz całkiem modny :))

Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do Tarsu - miejsca narodzin św. Pawła. Tutaj też, według starożytnych podań Marek Antoniusz po raz pierwszy spotkał Kleopatrę i tu rozpoczęła się najsłynniejsza w dziejach historia miłosna.



W Tarsie odwiedziliśmy studnię św. Pawła usytuowaną w miejscu, gdzie stał dom apostoła. Zobaczyliśmy także kościółek św. Pawła, który ani nie pamięta czasów apostolskich (pochodzi z XVII w.)ani nie ma żadnego dowodu na to, że św. Paweł miał jakikolwiek związek z tym miejscem. Za to na dziedzińcu wygłaskaliśmy ślicznego trójkolorowego koteczka.

28 lipca 2010

Rozpoczęliśmy naszą turecko-syryjską przygodę. Bez większych przygód, w miarę o czasie dolecieliśmy do Antalyi.


W samolocie byliśmy przymusowo zabawiani przez wesołą grupę młodzieży, która widocznie postanowiła zintegrować cały samolot. Po przylocie zakwaterowaliśmy się w hotelu Mostar i postanowiliśmy udać się nad morze. Fajnie jest zacząć wakacje w knajpce na klifie i z piwkiem w ręku obserwować statki wypływające z portu.

wtorek, 28 lipca 2009

Egipt: 20 marca 2009

Wybraliśmy się na safari Abu Galum mając nadzieję, że spotkamy naszego ulubionego przewodnika Piotrusia, ale odebrał nas spod hotelu Hassan, który okazał się być kamerzystą naszej wyprawy.

Po drodze mieliśmy okazję podziwiać piękne góry Synaj.


Wkrótce zjechaliśmy z asfaltu i po wertepach skierowaliśmy się do jednej z wiosek beduińskich. Aż trudno uwierzyć, że można mieszkać w takich warunkach. Nędzne lepianki pośród góry śmieci, w których grzebią stada kóz, wyraźnie kontrastują ze stojącymi obok toyotami i antenami satelitarnymi. Udało nam się również przyuważyć stado bocianów, które na pustyni, stanowiły osobliwy jak dla mnie widok.


W wiosce mieliśmy chwilę czasu, żeby delektować się herbatką miętową, spoczywając na otomanach w cieniu namiotu. Oczywiście po chwili otoczyły nas dzieciaki, jak zwykle łase na słodycze.


Kiedy mieliśmy ruszać dalej, nasz przewodnik Sam zaproponował nam przejażdżkę na dachu samochodu. Początkowo myślałam, że żartuje, ale okazało się, że tak właśnie będzie wyglądała nasza dalsza podróż przez pustynię. Wbrew wcześniejszym obawom było fantastycznie.


Wkrótce znaleźliśmy się w Dahabie, skąd wyruszyliśmy do Abu Galum i Blue Hole. Trochę zmroził nas widok tablic upamiętniających nurków, którzy zginęli w tym miejscu. Całe szczęście my w planach mieliśmy jedynie bezpieczny snoorkling :)

Po kąpieli zjedliśmy pyszny lunch, a potem każde z nas dosiadło swojego wielbłąda. Mój zwierzak był uroczy i lubił, jak go głaskałam po szyjce. Za to wielbłąd Darka zdawał się nieco zagubiony, albo zsuwał się ze zbocza, albo wpychał na inne wielbłądy.
Stwierdziłam, że mogłabym w ten sposób podróżować, jednak Darek zupełnie nie podzielał mojego entuzjazmu.


W drodze powrotnej do Sharmu próbowałam z Samem zweryfikować moją znajomość kilku słów arabskich, których nauczyłam się podczas wycieczki do Maroka. Podczas naszej rozmowy wyszło między innymi, że słowo "łacha" w Egipcie nie oznacza tego samego, co w Maroku, czyli OK. Według Sama Marokańczycy nie mówią po arabsku. Ciekawe jest to, że we wszystkich innych krajach muzułmańskich to samo mówią o Egipcjanach :))

Egipt: 15 i 16 marca 2009

Przez dłuższy czas nie było okazji, żeby zasiąść przed kompem i kontynuować wspomnienia z egipskiej przygody, ale postaram się odtworzyć resztę wrażeń na podstawie zapisków z wycieczki.

Dzień 15 marca postanowiliśmy spędzić na plaży, podziwiając rafę koralową.


Mimo, że później podczas wycieczek pływaliśmy w parku narodowym Ras Mohamed, stwierdziliśmy na koniec, że na naszej plaży hotelowej była największa różnorodność ryb. Widzieliśmy piękne papugoryby, mieniące się wszystkimi kolorami tęczy, żółto-czarne butterfly fishes, ryby "moro" (nazywane tak przez nas dzięki barwom przypominającym wojskowy strój), rybki z antenkami na głowie, ryby kamienne, "patyczaki", a nawet udało nam się wypatrzeć płaszczkę.


Okazało się, że na plaży kwitnie w najlepsze biznes, którego nie powstydziłby się renomowany salon masażu, można też od ręki zrobić sobie tatuaż, albo wykupić wycieczki fakultatywne.

Po powrocie z plaży udało nam się wreszcie zmienić pokój. Cóż za ulga! Wreszcie pozbyliśmy się wszechobecnego smrodu, a zyskaliśmy olbrzymie łóżko oraz fajny widok na shisha bar i basen. Nie zdążyliśmy jednak nacieszyć się nowym lokum, bo po północy uzbrojeni w poduszki wyruszyliśmy w podróż do Kairu.

Noc spędzona w autokarze nie należy do naszych najlepszych wspomnień. W żaden sposób nie mogliśmy się ułożyć wygodnie. Jednak udało nam się złapać trochę snu. Przed nami był cały dzień intensywnego zwiedzania. Darek załapał się na wschód słońca na pustyni, który ja beztrosko przespałam. Wrażenie podobno jest niesamowite. Nagle z egipskich ciemności w ciągu kilku minut robi się zupełnie widno. Zachód słońca wygląda zresztą podobnie, jakby ktoś nagle zgasił żarówkę. I to już mogę potwierdzić własnymi doświadczeniami :)


Do Kairu dotarliśmy trochę po 7 rano. Pierwszym przystankiem było muzeum kairskie. Tutaj mogliśmy podziwiać piękne sarkofagi.


Dowiedzieliśmy się dlaczego pozostałością po faraonach są piramidy, a nie pałace. Egipcjanie nie dbali bowiem o życie doczesne, wychodząc z założenia, że prawdziwa egzystencja zaczyna się dopiero po śmierci. Odkryliśmy, że bumerang prawdopodobnie nie pochodzi z Australii, lecz z Afryki. no chyba, że faraonowie utrzymywali kontakty towarzyskie z Aborygenami. Kolejną niespodzianką był dla nas fakt, że "japonki" wcale nie pochodzą z kraju kwitnącej wiśni. Całkiem udane modele tego obuwia zdobiły nogi starożytnych władców Egiptu. Powinny więc zwać się faraonkami :)) Oglądaliśmy również polowe łóżko składane z zawiasami, które nie różnią się od tych stosowanych obecnie Jednymi z wielu eksponatów były również prezerwatywy i majty Tutenchamona. Ogromne wrażenie na zwiedzających robi maska pośmiertna wspomnianego wyżej władcy oraz jego tron. Oba przedmioty wykonano z ogromną dbałością o szczegóły i cóż tu wiele mówić, po prostu urzekają swoim pięknem.
Niesamowite wrażenie robią również mumie zwierząt i ludzi. Zaskakujące, że przez tyle tysięcy lat zachowały się zmumifikowane zwierzaki, a spod bandaży wystawała widoczna sierść i pazury.


Po zwiedzeniu muzeum wsiedliśmy na statek, którym ruszyliśmy na rejs po Nilu. Stąd roztaczał się widok na rezydencje bogatych Egipcjan, które mocno kontrastowały ze slamsami usytuowanymi na cmentarzu. Takie miejsce zwane "miastem umarłych" widzieliśmy wjeżdżając do Kairu.


Po obiedzie skierowaliśmy się do Gizy. Piramidy wywarły na nas piorunujące wrażenie. Niesamowicie musiały wyglądać za czasów starożytnych, kiedy ich powierzchnia była gładka i cała pokryta hieroglifami. Podobno gdyby spisać taki tekst, można byłoby utworzyć księgę z dziesięcioma tysiącami stron.


Wejście do piramid kosztuje ogromne pieniądze, ale jak wiadomo- Polak potrafi. Dotarliśmy do małej piramidy na tyłach kompleksu, gdzie ze strażnikiem dogadaliśmy wejście do wnętrza za 1 LE.


Pod piramidami należy uważać na beduinów z wielbłądami. Nie wolno dawać im do ręki aparatów fotograficznych, bo za ich zwrot potrafią zażądać bajońskich sum. W ogóle lepiej nie wdawać się z nimi w dyskusje, bo zdaje się nie należą do najuczciwszych. Ponoć zdarzały się przypadki wywożenia turystów za piramidy na pustynię i okradania ich, a jak wiadomo utrata paszportu w Egipcie to spory kłopot.


Kolejny przystanek zrobiliśmy sobie przy Sfinksie. Ta monumentalna budowla powstała podobno dlatego, że faraon chciał wyburzyć skałę zasłaniającą widok na jego piramidę. Jego budowniczy zaproponował jednak wykucie w tej skale wizerunku władcy o ciele lwa, co miało symbolizować jego siłę. Sfinks nie posiada już nosa, ale jest to podobno znak czasu, a nie, jak twierdzą niektórzy, efekt wystrzału z armaty napoleońskiej.


Oczywiście po pożegnaniu ze Sfinksem musieliśmy zaliczyć sklep z perfumami i papirusem, ale po całym dniu na słońcu miło było usiąść na chwilkę w klimatyzowanym pomieszczeniu i łyknąć orzeźwiającą herbatkę miętową.

Droga powrotna do Sharmu była równie męcząca. Spaliśmy w autokarze niewiele. Całe szczęście ok. 1 w nocy dotarliśmy do hotelu. I tylko żal nam było, że ze względu na zamachy terrorystyczne, które miały miejsce kilka dni wcześniej nie udało nam się zobaczyć słynnego bazaru Chan al-Chalili.

niedziela, 19 kwietnia 2009

Egipt: 12 marca 2009

W Egipcie wylądowaliśmy ok 3:20 w nocy. Przywitał nas głos imama nawołującego z minaretu. Do pokoju hotelowego dotarliśmy po 5 rano. Byliśmy tak zmęczeni, że od razu padliśmy na łóżko. Dopiero rano rozejrzeliśmy się po pokoju. Nie mamy dużych wymagań, co do hoteli, w których się zatrzymujemy, ale tutaj standard powalił nas na kolana -grzyb na ścianach, wielka dziura w brodziku, cieknąca klima i umywalka, ale najgorszy był swąd wydobywający się z kanalizacji. Jednym słowem pokój, który z początku wydawał nam się atrakcyjny ze względu na bliskość basenu, o mało nie zepsuł nam przyjemności wakacji. Na dodatek okazało się, że hotel jest obłożony i nie ma możliwości zmiany pokoju. Sam hotel i jego otoczenie są bardzo atrakcyjne. Bardzo miła obsługa , mnóstwo fajnych zakamarków i przesmyków, mini zoo oraz nietypowa architektura stylizowana na wioskę beduińską sprawiają, że miło spędza się tam czas.


Zresztą kiedy po kilku dniach udało nam się wreszcie uzyskać klucz do nowego pokoju, byliśmy w pełni usatysfakcjonowani.
Pierwszy dzień spędziliśmy na orientacji w terenie. Znaleźliśmy bank, w którym udało się nam dokonać korzystnej wymiany funduszy wakacyjnych (zdecydowanie kurs jest lepszy w bankach niż w hotelach, jak się później okazało całkiem nieźle wyszliśmy również na korzystaniu z karty bankomatowej).

Wieczorem wybraliśmy się do Naama Bay. Naszym celem było przede wszystkim odnalezienie polskiego biura podróży Aaba Sharm, w którym planowaliśmy wykupić wycieczki fakultatywne. Instrukcje, jak tam dotrzeć, pracowicie odszukane w necie, zostawiliśmy oczywiście w domu. Okazało się, że na miejscu nikt nie potrafił wskazać nam właściwej drogi. Biuro zresztą jest tak ukryte, że sami nigdy byśmy tam nie trafili. W końcu trafiliśmy na sprzedawcę papirusów , który zaprowadził nas na miejsce. Udało nam się kupić wszystkie wycieczki dużo taniej niż u rezydenta, a w gratisie dostaliśmy wstęp na pokaz delfinów.


Wyszliśmy bardzo zadowoleni z sukcesu. Oczywiście pod biurem czekał na nas nasz znajomy sprzedawca, żeby zabrać nas do swojego sklepu. Nie było wyjścia, trzeba było zakupić papirus. Po wielkich targach kosztowało nas to jedyne dziesięć dolarów...

sobota, 21 lutego 2009

24 sierpnia 2008

W odróżnieniu od dnia poprzedniego postanowiliśmy zwiedzić doliny i niziny Maroka. Jako środek transportu wybraliśmy jeepa. Na początku powstało niezłe zamieszanie, ponieważ rezydentki sprzedały więcej biletów wycieczkowych, niż było miejsc w samochodach. Jak zwykle w takich sytuacjach podbramkowych polscy turyści nie potrafią stanąć na wysokości zadania, ale jakoś udało nam się załadować do jednego jeepa razem z naszymi znajomymi.

Pierwszy etap podróży okazał się, delikatnie mówiąc, nudny. Kawałek trasy nawet przespałam (upał robi swoje :)) i zaczęłam zastanawiać, się czy było warto wydawać tyle pieniędzy. Nie wiedziałam, że prawdziwe emocje są dopiero przed nami.

Najpierw zatrzymaliśmy się na plantacji bananów. Mieliśmy okazję zobaczyć, jak hoduje się te owoce i spróbowaliśmy świeżutkich bananów, które są małe i zielone, ale za to bardzo słodkie i pyszne.
Już na samym początku doliny bananowej otoczyły nas dzieciaki, proszące o drobne i wciskające nam na ręce bransoletki z bananowca. Dobrze, że mieliśmy ze sobą zapas cukierków.

Dzieci Afryki są po prostu piękne. Jeden malec szczególnie przypadł mi do gustu, więc na pamiątkę dostał gwizdek z emblematami Polski. Nie posiadał się z radości, pokazując kolegom nową zdobycz. Kiedy siedzieliśmy już w jeepie, chłopiec podbiegł do mnie i podał mi bukiecik kwiatów oleandra z miętą.

Pożegnaliśmy plantację bananowców i wyruszyliśmy dalej w kierunku tzw małej Sahary. I tutaj się solidnie zawiodłam. Z pustynią nie miało to zbyt wiele wspólnego. Dookoła z każdej strony widać było zieleń, na tyle, że nawet trudno było zrobić zdjęcie, na którym załapałby się sam piasek. W naszej Łebie mamy lepszą pustynię:)
Za to spotkaliśmy tam ciekawego człowieka z przeróżnymi stworkami. Udało mi się zrobić sobie zdjęcie z kameleonem. Przełamałam też fobię wężową i mam fotkę z wężykiem na szyi. Fakt, że zwierz był mocno wystraszony i prawie się nie ruszał. Facet pokazywał nam też skorpiony. W dalszej części jeepowej podróży obejrzeliśmy imponującą imponującą tamę na rzece Massa.

Stwierdziliśmy, że o ile na początku nasz kierowca - dziadek nie wyglądał na chojraka, tak z każdym etapem wycieczki nabierał wigoru. Pokrzykiwał na innych kierowców "Jalla, jalla", co znaczy "jazda", a jak mu inni zajeżdżali drogę wykrzykiwał "sir, sir", czyli "odejdź, zjeżdżaj". Nauczyliśmy się też arabskiego słowa "Uacha" - OK

Obiadek zjedliśmy w namiocie nomadów na pustkowiu. Świetne miejsce. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że oczywiście rezerwacja była zrobiona na mniejszą ilość uczestników wycieczki i obsługa podzieliła chyba porcje...
Po obiedzie ruszyliśmy do rezerwatu rzeki Massa. Normalnie jest to siedlisko najróżniejszych gatunków ptaków, ale oczywiście, jak zwykle przyjechaliśmy nie w sezonie. Za to sama rzeka jest urokliwa. Ma niesamowity, intensywnie zielony kolor i płynie w odwrotnym niż inne rzeki kierunku - od oceanu.

Ostatnim przystankiem naszej wycieczki była plaża Sidi R'bat. Tutaj mogliśmy obejrzeć klify, wzburzony ocean, rozciągający się aż po horyzont oraz chatki rybaków wciśnięte w skałę. Podobno rybacy żyją tu dziesięć miesięcy w roku, mieszkając w tych, jakby w pośpiechu skleconych domostwach. Utrzymują się z tego, co złowią i znajdą na plaży, a w pozostałym czasie wolnym surfują. To się nazywa życie...


Pomoczyliśmy trochę nogi, pomęczyliśmy okoliczne psiaki i ruszyliśmy dalej. Ostatni odcinek drogi obejmował fragment trasy rajdu Paryż-Dakar. Poprosiliśmy kierowcę, żeby nas nie oszczędzał. No i się zaczęło. Rzucało nami niesamowicie. Nie raz każdy z nas przywalił głową w sufit. Ale zabawa była świetna!

23 sierpnia 2008

Jedną z większych atrakcji Maroka są tamtejsze góry. Na wycieczkę do Antyatlasu wybraliśmy się wczesnym rankiem. Miasto otulone było jeszcze gęstą mgłą. W autokarze udało mi się złapać krótką drzemkę.

Pierwszy przystanek zrobiliśmy sobie przy roślinie o nazwie, której nie jestem w stanie powtórzyć. W tym momencie wyjrzało słońce i już nie było mowy o spaniu. Za oknem zaczęły pojawiać się bowiem zapierające dech w piersiach górskie widoki. Najpierw zbocza gór pokryte były drzewami arganiowymi - typowy widok w Maroku. Dopiero gdy po krętych i wąskich dróżkach wspięliśmy się wyżej, na zboczach pojawiły się niesamowite głazy narzutowe z różowego granitu. Głazy te układają się w najprzeróżniejsze kształty, które podpowiada wyobraźnia.

Po drodze odwiedzaliśmy berberyjskie wioski, które - wtopione w skały - z daleka wyglądają zupełnie nierealnie, wręcz bajkowo. Spacer po takiej wiosce również jest niesamowity, ponieważ w ciągu dnia na dróżkach nie ma żywej duszy. Jest po prostu zbyt gorąco, żeby wychodzić z domu. Rzeczywiście żar lał się z nieba.

W połowie drogi stanęliśmy na lunch w miejscowości Tafraut. Po obiedzie, podczas którego spróbowaliśmy najlepszego jak dotychczas tadżinu z kurczaka z marynowanymi cytrynami, śliwkami i migdałami, rozpoczęliśmy powolny zjazd z gór Antyatlasu. Po drodze mijaliśmy nieliczne oazy z palmami i gajami oliwnymi. Zatrzymaliśmy się jeszcze, żeby zrobić zdjęcie malowniczego, bordowego meczetu. Tutaj zerwał się silny wiatr porywający piasek, więc szybko schroniliśmy się w autokarze. W samą porę, żeby uniknąć deszczu. Następnie ruszyliśmy w stronę Tiznitu, który słynie z wyrobu srebrnej biżuterii.

W miasteczku spotkałam malutkiego dzieciaczka, który wyciągnął do mnie rączkę, żeby się przywitać. Chciałam poczęstować go cukierkami, które miałam w plecaku. Błąd polegał na tym, że wyjęłam całą torebkę. Nagle, nie wiadomo skąd pojawiła się cała zgraja dzieciaków. Zrobiło się straszne zamieszanie, w pewnym momencie w ogóle nie wiedziałam juz co się dzieje, a torebka z cukierkami została mi po prostu wyrwana z ręki. Nauczyliśmy się już, że warto mieć w kieszeni kilka cukierków, a nie częstować całą torebką...

W sklepie z biżuterią nie znalazłam nic ciekawego. Za to ceny powalające.
Z Tiznitu już mniej ciekawą trasą wróciliśmy do Agadiru w rytmach muzyki marokańskiej, kubańskiej oraz klasycznej. Według naszego przewodnika zupełnie różnie odbieramy świat w zależności od muzyki, która nam towarzyszy. I chyba jest w tym sporo racji...

środa, 21 stycznia 2009

22 sierpnia 2008

Będąc w Maroku nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności potargowania się na suku.
Wybraliśmy się tam, nie mając szczególnego planu, co chcemy kupić. Tak jest chyba najlepiej - dać się porwać chwili, pozwolić się wciągnąć do jakiegoś sklepiku wykazując pozorny brak zainteresowania towarem.

Negocjować trzeba naprawdę twardo, włącznie z udawaniem, że kończy się negocjacje i wychodzi ze sklepu. W większości przypadków sprzedawca biegnie za kupującym, proponując lepszą cenę. Często dopiero po trzecim wyjściu udawało nam się uzyskać akceptowalną kwotę. Targowanie się to prawdziwy spektakl!

Nasze zakupy zaczęliśmy od małego tadżinka. Kupiliśmy również przyprawy, herbatę, szale, torbę. Oczywiście w wielu przypadkach stwierdziliśmy, że przy hotelu można było kupić taniej w sklepach "ze stałą ceną". No ale ile wtedy traci się radości i satysfakcji :) Czasem udawało nam się zbić cenę z 1400 na 150 dirhamów.

Wieczorem podczas krótkiego spaceru po kolacji trafiliśmy na coś w rodzaju pchlego targu, gdzie nabyliśmy śliczny czajniczek do herbaty zbijając cenę z 250 na 100DHM. Najważniejsze, że trafił nam się prawdziwy, użytkowy przedmiot, a nie aluminiowy gadżet dla turystów.

A, zapomniałabym wspomnieć o wrażeniach z plaży. Po południu rozłożyliśmy ręczniki pośrodku wielkiego piasku i już wybieraliśmy się do wody, gdy nagle z namiociku obok wyłoniła się jakaś "tubylcza" głowa i zaczęła machać, żebyśmy przesunęli nasze rzeczy. Nie zrozumieliśmy ani słowa z nawoływań dobiegających od strony skleconego naprędce namiociku. Uznaliśmy jednak, że plaży jest pod dostatkiem i jeśli przeszkadzamy, to możemy przesunąć się lekko w bok. Osoba z namiociku widząc nasze poczynania machnęła jedynie na nas ręką i dała nam spokój.

Za chwilę podszedł do nas pewien jegomość, który po angielsku poinformował nas, że w miejscu gdzie położyliśmy ręczniki za niespełna godzinę będzie ocean... To był szok, bo do granicy wody w tym momencie było dobre 100m. Miał jednak rację - chwilę później z szerokiej plaży pozostał jeno skrawek....

niedziela, 18 stycznia 2009

21 sierpnia 2008

Dzisiaj popłynęliśmy na rejs po oceanie. Mieliśmy sporo obaw związanych z tą wycieczką, którą wykupiliśmy w lokalnym biurze podróży.
W przeddzień wyjazdu, późnym wieczorem odbyliśmy nieoczekiwane spotkanie z pracownikami biura, którzy twierdzili, że nie możemy płynąć w zarezerwowanym terminie wybraną przez nas łódką. Po długich negocjacjach zgodziliśmy się na zmianę środka transportu, jednak lekki niepokój towarzyszył nam do rana. Okazało się, że nie potrzebnie, bo wszystko zostało zorganizowane bez zarzutu.

Wypłynęliśmy. Najpierw wszyscy pozbyliśmy się koszulek, nastawieni na ostre opalanie, pomni słów rezydentki, że słońce operuje tutaj nawet gdy niebo jest zachmurzone. Jednak już po piętnastu minutach ubieraliśmy się we wszystko, co mieliśmy ze sobą.

Na pokładzie beztrosko wypiliśmy sobie piwko, gdy nagle nieopodal nas niespodziewanie padł pierwszy "paw". I tak się zaczęło. Załoga nie nadążała dostarczać pasażerom torebek foliowych. Nawet nasz dzielny kolega Adam poszedł za namową kapitana: "Let it go" :))

Bez strat pozostali jedynie Darek, Radek i ja. Gdy statek stanął chłopaki gorliwie zabrali się za łowienie lunchu. W tym czasie reszta załogi dogorywała w pozycji horyzontalnej na górnym pokładzie. Połów nie okazał się tak obfity, jak się spodziewaliśmy. Może po prostu trzeba trochę więcej wprawy, żeby łowić deseczką z nawiniętą na nią żyłką...

Darek był bliski sukcesu, ale jakimś cudem rybce udało się uwolnić. Gdy poprosił kapitana o nowy materiał do zawieszenia na haczyku, używając żartobliwie polskiego słowa "przynęta", wzbudził salwę śmiechu. Okazuje się, że przynęta to w języku berberyjskim całkiem frywolne słowo :)

Pomimo naszych miernych wyników wędkarskich udało się przygotować lunch. Kapitan zadbał o nasze głodne brzuszki i upichcił przepyszny posiłek.

Potem jeszcze chwila kąpieli w oceanie dla chętnych (chociaż nie wiem jak można na ochotnika kąpać się przy takim zimnie) i wróciliśmy do portu.

sobota, 29 listopada 2008

18 sierpnia 2008

Zwiedzamy Marakesz.

Temperatura już od rana jest ekstremalna. Czuję się śnięta i cały czas ziewam.

Wycieczkę zaczynamy od pięknego pałacu wezyra. Potem przez medynę przedzieramy się do grobowców Saddytów. Z zewnątrz oglądamy okazały meczet Kutubija, a następnie, również uliczkami medyny wędrujemy do apteki berberyjskiej.

Tutaj mówiący po polsku aptekarz oferuje nam różne przyprawy, kremy i specyfiki na bazie olejku arganiowego. Kupujemy herbatkę miętową i dostajemy gratis berberyjskie myjki do peelingu :))

Aptekarz śmiesznie mylił imbir z bimbrem, ale zaimponował nam bezbłędnie wypowiedzianym po polsku sformułowaniem: "krem na pękające naczynka".

Po zwiedzeniu apteki, już we własnym zakresie postanowiliśmy się nieco posilić. Uznaliśmy, że rezygnujemy z kafejek dla turystów i udaliśmy się wgłąb mediny.
Znaleźliśmy lokalną knajpkę. Malutka kliteczka, sami miejscowi. Weszliśmy na piętro lokalu. Powiem szczerze - esteta nie wytrzymał by tam 30 sekund. Koszmarny zaduch, lepiący się stół, na podłodze walające się papiery. Naczynia płukane są w zimnej wodzie, bez żadnych detergentów i specjalnego zaangażowania pomywacza. Za to żarełko okazało się przepyszne. Zamówiliśmy wołowe szaszłyki z frytkami i pitą. Dawno nie jadłam tak fantastycznie przyprawionego mięska.

Ze względu na potworny upał zrezygnowaliśmy z dalszego zwiedzania i udaliśmy się do hotelu, gdzie resztę popołudnia spędziliśmy w basenie.

Podczas kolacji specjalnie się oszczędzaliśmy, ponieważ postanowiliśmy skosztować lokalnych specjałów na placu Jamma el Fna.

Próbowaliśmy między innymi opiekanej głowy barana. Sama potrawa nie należy może do spisu najwspanialszych dań świata, ale spożywanie jej wśród sympatycznych Marokańczyków ściśniętych razem z nami na ławeczce przy stole lepkim od tłuszczu, ma pewien urok.

17 sierpnia 2008

Ten dzień poświęciliśmy na przejazd z Fezu do Marakeszu. Przejeżdżaliśmy przez pasmo Atlasu Średniego. Po drodze podziwialiśmy czerwone zbocza gór oraz namioty nomadów rozrzucone gdzieniegdzie w pobliżu drogi. Nomadzi to przybysze z głębi Afryki. Są bardziej smukli i wyżsi od Berberów.

Po południu dotarliśmy do Marakeszu. Hotelik super, z urokliwym małym basenikiem. Początkowo mieliśmy tylko drobny problem z pokojem. Okazało się, że dostaliśmy klucze do pokoju, który ktoś już zajmował... Całe szczęście udało się dokonać szybkiej zamiany.

Wieczorem poszliśmy na plac Jamma el Fna. To niesamowite miejsce. W ciągu dnia jest to prawie opustoszały plac z niewielką ilością stoisk. Za to wieczorem miejsce to zamienia się w ogromną restaurację pod odkrytym niebem. Zewsząd dobiegają odgłosy bębnów, śpiewy. Cały plac jest niesamowicie oświetlony. Warto zajrzeć na taras jednej z okolicznych restauracji, aby obejrzeć to miejsce z góry.

Na placu można spotkać artystów, kuglarzy, opowiadaczy bajek, panie oferujące wykonanie ornamentów henną na rękach i nogach. Nie udało nam się jedynie nigdzie znaleźć zaklinacza węży. To znaczy, że będziemy musieli tam kiedyś jeszcze wrócić...

16 sierpnia 2008

Od rana zwiedzamy Fez.
Rozpoczęliśmy od podziwiania panoramy starej części miasta z murów portugalskiej twierdzy usytuowanej na wzgórzu. Niesamowity jest widok IX-wiecznych budynków, niezmienionych od stuleci, w połączeniu z tysiącami anten satelitarnych.

Jeszcze bardziej zachwycający jest spacer starymi uliczkami mediny, czasem tak wąskimi, że trzeba przykleić się do ściany budynku, aby przepuścić przechodzącego,obładowanego towarami osiołka. Zewsząd rozlegają się okrzyki: "Balak, balak, attencion". Trzeba mieć oczy dookoła głowy, żeby nie zostać rozdeptanym lub stratowanym przez lawirujący w tłumie skuter.

Zwiedzanie zaczęliśmy od niebieskiej bramy i spożywczej części suku. Niektóre obrazki były dla nas lekko szokujące, np. baranie głowy wystawione na stoisku lub żywe kurczaki w klatce, zabijane na życzenie i w obecności kupującego.

Następnie odwiedziliśmy medresę Bu Inania i meczet Al Karawijin, fontannę Nadżdżarin oraz zawiję Mulaja Idrysa. Trudno cokolwiek napisać o uroku tych zabytków, trzeba tam po prostu być i zobaczyć na własne oczy.

Dalsza część wycieczki obejmowała manufaktury. Mieliśmy okazję obejrzeć, jak wykonywane są mozaiki, talerze i ozdoby z brązu, dywany oraz apaszki. Trochę tego było, ale nie uważaliśmy (w odróżnieniu od co niektórych) czasu spędzonego w warsztatach za stracony. Największe wrażenie wywarły na nas garbarnie Chouwara.

Weszliśmy na dach zakładu, skąd mogliśmy podziwiać średniowieczne kadzie i odbywający się w nich proces preparacji skór zwierzęcych. Garbowanie odbywa się w odchodach gołębich, w związku z tym w pobliżu garbarni panuje specyficzna atmosfera, której miała zapobiegać gałązka mięty wręczona nam przy wejściu przez właściciela sklepu z wyrobami skórzanymi. Może trudno w to uwierzyć, ale nam bardziej nieznośny wydawał się zapach proszku oliwkowego dodawanego do torfu w warsztacie ceramicznym. Tego smrodu nie da się opisać słowami.

Po południu, mimo ostrzeżeń przewodniczki pozostaliśmy w medinie. Przez te trzy godziny samotnego włóczenia się zdołaliśmy zwiedzić więcej niż podczas całego dnia grupowej wycieczki. Widzieliśmy m.in meczet El Rsif, dom paszy Mahomeda Chergui, pałac Dar Batha oraz pięknie zdobione liceum artystyczne.
Błąkaliśmy się w plątaninie dwóch tysięcy uliczek, czasem tak wąskich i niskich, że wyglądały raczej na jakieś tajemne przejścia. Nie zgadzamy się jednak z opinią, że w medinie łatwo jest się zgubić. Chociaż bardzo się o to staraliśmy, za każdym razem znajdowaliśmy się w pobliżu którejś z licznych bram mediny, a stamtąd zawsze można wziąć taksówkę do hotelu.

Owszem poruszanie się po medinie w poszukiwaniu konkretnego celu, to rzeczywiście duża umiejętność. I tak kierując się drogowskazami dla turystów, mającymi doprowadzić nas do ogrodów, zapuściliśmy się w alejkę prowadzącą na jakieś podwórko. Zatrzymał nas mały chłopiec, który po francusku i na migi usiłował wytłumaczyć nam, że właśnie pakujemy się do jego domu. Zaprowadził nas tam, gdzie chcieliśmy, po drodze wskazując jeszcze kilka obiektów wartych odwiedzenia i na koniec skierował nas do odpowiedniej bramy. Nie doprowadził nas do samego wyjścia w obawie przed starszymi kolegami, którzy pozbawili by go drobnej zapłaty, którą od nas otrzymał.

Ogólnie, wbrew panującej opinii, w medinie jest raczej bezpiecznie. Raz tylko byliśmy świadkami nieprzyjemnego zajścia, związanego z wykonaniem przez turystę zdjęcia bez pozwolenia i próbą wyegzekwowania przez wkurzonego Marokańczyka wygórowanej opłaty. Skończyło się całe szczęście na dużej ilości krzyku.

sobota, 18 października 2008

15 sierpnia 2008

Śniadanie i do autokaru. Żartowaliśmy sobie, że po wczorajszych kłótniach co niektórzy zrezygnują z porannego posiłku, żeby zająć z góry upatrzone pozycje w autokarze.

Przed hotelem widzieliśmy fajna sytuację. Jakiś człowiek zamiatał ulicę ogromnym liściem palmowym. W ogóle obrazki uliczne są świetne. Wsiadanie i wysiadanie z autobusu miejskiego "w biegu" lub pakowanie do "grand taxi"(którym jest osobowy mercedes tzw. "beczka") sześciu osób+ kierowca, są tutaj na porządku dziennym.

Ruszyliśmy zwiedzać Rabat - stolicę Maroka.
Najpierw udaliśmy się do pałacu królewskiego. Jest to piękna rezydencja, którą niestety można oglądać jedynie z zewnątrz. Dowiedzieliśmy się, że pomimo iż obecny król Mohamed VI posiada tylko jedną żonę, zobowiązany jest do utrzymywania haremu swojego ojca. Oczywiście zabronione jest fotografowanie zabudowań haremu.

Interesującą sceną była zmiana warty przed pałacem. Wojsko wyluzowane, snuło się w formacji, którą trudno byłoby określić mianem zorganizowanej, karabiny zwisały im na rękach, jakby ważyły tonę. Ale najwięcej entuzjazmu wzbudził w nas widok, kiedy żołnierze zmieniający się pod drzwiami pałacu przekazywali sobie całuski i "przybijali piątki". Po prostu pełen luz.

Jeszcze jeden rzut oka na ogrody królewskie i jedziemy do Mauzoleum Hassana II.
Mauzoleum jest pięknie zdobione wewnątrz, szczególnie sklepienie, ociekające złotem, zaprojektowane przez wietnamskiego artystę.

Największe wrażenie wywarły na nas kolumny ustawione na placu przed mauzoleum, będące pozostałością meczetu zniszczonego podczas trzęsienia ziemi.
Spod wieży Hassana udało nam się złapać piękną panoramę Rabatu.

Potem opuszczamy już stolicę Maroka, żeby skierować się w stronę Volubilis. Po drodze obserwujemy krajobrazy, które ulegają wyraźnej zmianie. W okolicach Rabatu jest znacznie więcej zieleni. Rozciągają się tu lasy eukaliptusowe i korkowe.
W miarę, jak zbliżamy się do Volubilis pojawiają się kamienisto-piaszczyste wzgórza, które w porze wegetacyjnej stanowią pola uprawne i pokrywają się zielenią. Na razie są zaorane i przygotowane pod zasiew.

Parkujemy pod ruinami rzymskiego miasta i tu po raz pierwszy daje się odczuć afrykańskie słońce. Żar po prostu leje się z nieba. Opowiadania przewodnika - Salema, połączone z niespodzianką w rzymskim burdelu :)) są jednak na tyle interesujące, że półtorej godziny chodzenia po ruinach mija bardzo szybko.

Pod Volubilis jemy lunch, znowu w bardzo drogiej restauracji (w okolicy nie ma jednak żadnej alternatywy, czasu też niewiele. Tym razem próbujemy kus-kusu. Smaczny, choć jak dla mnie trochę zbyt suchy.

Kolejnym punktem programu jest Meknes - jedna ze stolic Maroka. Zwiedzamy tu bramę Bab al Mansur, której budowniczy został stracony, nie dokończywszy dzieła oraz stajnie królewskie, w których Mulaj Ismail hodował tysiąc dwieście koni.
Odbywamy też sympatyczne spotkanie z pewnym wielbłądem, który wydaje się być mocno czymś strapiony.

Kolejni władcy przenieśli stolicę do Fezu, przez co Meknes trochę podupadło.

Wieczorem dotarliśmy do Fezu i po zameldowaniu w hotelu udaliśmy się na nocną eskapadę po Fezie.

niedziela, 5 października 2008

14 sierpnia 2008

Dzisiejszy dzień znowu zaczynamy od awantury. Powstała kwestia, czy siedzieć w autokarze należy tak , jak poprzedniego dnia, czy dozwolona jest zmiana miejsc. Nam akurat wszystko jedno, ale nawet od słuchania argumentów co niektórych współtowarzyszy podróży mogą puścić nerwy. Całe szczęście jest też kilka pozytywnie zakręconych postaci, które pozwalają wierzyć, że nie wszyscy przyjechali do Maroka w celu zaliczenia kolejnej orientalnej wycieczki.

Obraliśmy kierunek - Rabat. Podczas pierwszego przystanku na popas próbowaliśmy zamówić sobie w knajpce naszą ulubioną herbatę miętową. Kelner niestety nie rozumiał ani słowa po angielsku. Ze względu na nasze braki lingwistyczne w kwestii języka francuskiego, rozmowa toczyła się na migi. Kelner pokazał nam cały asortyment znajdujący się w barze. Jakaż była nasza radość, gdy wreszcie doprowadziliśmy do obopólnego zrozumienia. Teraz już wiemy, jak prosić o herbatkę miętową po francusku: "Thee a la menthe, s'il vous plait" i wszystko jasne :) Ile to człowiek może się nauczyć podczas podróży.

Dotarliśmy do Al Dżadidy.

Tutaj zwiedziliśmy urokliwą twierdzę portugalską oraz cysterny, które służyły do magazynowania wody w miasteczku. Wewnątrz panuje niesamowita atmosfera - półmrok, potężne kolumny i delikatna gra świateł wpadających gdzie niegdzie do wnętrza pomieszczenia. Po drodze oglądaliśmy również pozostałości portugalskiego kościoła.
Z górnej części twierdzy roztacza się piękny widok na całe miasteczko. Najciekawsze jest to, że w tych starych portugalskich domostwach nadal mieszkają ludzie. Połączenie rozsypujących się, odrapanych murów, zagraconych podwórek z licznymi antenami satelitarnymi na dachach jest naprawdę niesamowite.
Szokujące dla nas były również skoki dzieciarni z kilkunastometrowych murów twierdzy do wody.

Z żalem opuściliśmy Al Dżadidę i ruszyliśmy do Casablanki, po drodze mijając solanki, w których odzyskiwana jest sól morska.

Casablanka to marokański kurort, do którego przyjeżdża wielu zamożnych Marokańczyków oraz turystów z innych krajów. W czasie naszego pobytu w swojej rezydencji w Casablance przebywał sam sułtan Arabii Saudyjskiej. Wiele rezydencji w najbogatszej dzielnicy tego miasta budowanych jest w stylu iście pałacowym.

Ciekawe jest to, że w tego typu kurorcie bardzo utrudnione są kąpiele w oceanie. Dno jest tu skaliste, a fale na tyle wysokie, że stanowią zagrożenie dla zdrowia i życia kąpiących się ludzi. Stąd w pobliżu plaży wybudowano wiele basenów ze słoną wodą.

Po drodze na chwilę przystanęliśmy, żeby rzucić okiem na grobowiec Marabuta usytuowany na wyspie. Marabuci to tutejsi święci, którzy zasłużyli się specjalnie w spełnianiu zasad Koranu. Do miejsc ich pochówku lub do kapliczek im poświęconych odbywają się pielgrzymki wiernych.

Dalsza część programu to zwiedzanie meczetu Hassana II. Budowla jest imponująca i warta obejrzenia również od wewnątrz. W środku może się modlić jednocześnie 25 tysięcy osób, a na placu przed meczetem dodatkowo 80 tys. Dach meczetu jest rozsuwany ze względu na brak klimatyzacji :))
Oczywiście przed wejściem do środka należy zdjąć buty. Chodzenie na bosaka po marmurowych posadzkach to dość niecodzienne, ale przyjemne doznanie.
Większość materiałów użytych do wybudowania meczetu pochodzi z Maroka. Jedynie biały marmur sprowadzony został z Włoch. Zdobienia kolumn są niezwykle misterne i wręcz zachwycające. W meczecie można odwiedzić również pomieszczenie przeznaczone do oblucji przed modlitwą. Jest to ogromna sala z mnóstwem fontann. Oczywiście osobna dla mężczyzn i dla kobiet. W pomieszczeniach tych odczuwalna jest wysoka wilgoć, pomimo słupów pokrytych specjalną mieszanką wapna, gliny, szarego mydła i żółtka, co ma w założeniu spełniać rolę pochłaniacza wilgoci - sprytne.

W obrębie meczetu znajduje się również łaźnia, która nigdy nie doczekała się uruchomienia.

Po zwiedzeniu meczetu poczuliśmy głód, chociaż wcześniej zjedliśmy pysznego sandwicza z baraninką, oliwkami, cebulą i ostrym sosem. Wszystko nakładane niekoniecznie bardzo czystą ręką kelnera. Jak na razie jednak żadnych dolegliwości żołądkowych nie stwierdziliśmy, mimo że jak widać nie ograniczamy się z jedzeniem i stołujemy się często w ulicznych knajpkach.

Dalej ruszyliśmy już do Rabatu. Przebycie ok 100km zajęło nam 3h, ze względu na korek, który napotkaliśmy na autostradzie.

Po kolacji wybraliśmy się do mediny na suk. Medina zaczynała się właściwie na przeciwko hotelu. Jednakże pokonanie głównej ulicy w Rabacie (najprawdopodobniej noszącej nazwę Hassana II lub Mohameda V :)) graniczy z cudem. Sposób w jaki Marokańczycy przedostają się na drugą stronę drogi pomiędzy jadącymi zewsząd samochodami i motorowerami przyprawia o zawrót głowy.
Nasz sposób przejścia przez ulicę nazwaliśmy "na adopcję". Staraliśmy się przykleić do grupki Marokańczyków i razem z nimi przebrnąć przez cały ten komunikacyjny bałagan.

Na suku daliśmy się ponieść tłumowi. Zresztą wśród tej masy ludzi nie mieliśmy raczej innego wyjścia. Na tutejszych bazarach można dostać wszystko od pierza i świeżych ziół, po gitary i suknie ślubne. Zewsząd dobywają się smakowite zapachy i mnóstwo różnego typu odgłosów - śpiewy, nawoływania muezina oraz sprzedawców, odgłosy warsztatów. Po drodze kupiliśmy garść daktyli oraz kilka owoców opuncji. Okazało się, że jesteśmy żałośni, jeśli chodzi o negocjacje. Początkowo nasz sposób targowania się to "na litość". Sprzedawcy widząc naszą bezradność machali ręką i sami spuszczali cenę. Potem, w miarę upływu naszej podróży wyrobiliśmy się i pod tym względem.

O mały włos nie padliśmy też łupem naciągacza, który opowiedział nam wzruszającą historyjkę i próbował wyłudzić kilka euro. Jak widać od tej strony też musimy poznać Maroko.